Robert A. Heinlein uznawany jest za klasyka literatury science fiction. Jego powieści zalicza się do kanonu fantastyki naukowej: „Obcy w obcym kraju” czy „Żołnierze kosmosu” to najbardziej znane jego utwory. Tak samo jest z książką „Władcy marionetek”.

Wydana przed ponad pięćdziesięciu laty powieść mówi o inwazji obcych na Ziemię, jest wizją swoistej zagłady ludzkości, która zdarza się z dnia na dzień w największym mocarstwie świata, w Stanach Zjednoczonych. Od tego należałoby zacząć, na terytorium USA ląduje statek kosmiczny. Organizacja zwana Sekcją wyrusza aby zbadać ów obiekt i znajduję przedziwne stworzenie, naszego gościa z kosmosu. Wszystko by było cudownie, tylko że ten gość wcale przyjacielsko nastawiony nie jest i przyleciał ze swoimi pobratymcami aby przejąć kontrolę nad ludzkością. Brzmi to trochę mało oryginalnie, ale zwróćmy uwagę, że książka ma swoje lata i nie jeden autor czy to książki czy filmu na Robercie Heinleinie się wzorował, nie mówiąc o samych ekranizacjach tej powieści.

Ciężko sadzić książkę, która już ponad 50 lat znajduje się w kanonie i jej obecność tam jest niezagrożona. Zarzucić można na pewno to, że książka trochę się przedawniła. Alegoria komunizmu, która występuje w książce, miejscami jest, nawet można rzec nachalna, w dzisiejszych czasach już tak aktualna nie jest, Amerykanie nie mają z komunizmem aż takiego wielkiego problemu. Podczas Zimnej Wojny obcy z powieści byli utożsamiani z Sowietami, ale dzisiaj już takiego wroga Stany Zjednoczone nie mają. Wiele osób narzeka także na nielogiczne rozwiązania fabuły, które są, ale nie w takiej ilości aby mogły kłóć w oczy na tyle, że nie dałoby się czytać i czerpać przyjemności z lektury.

W science fiction bardzo często mamy do czynienia ze skupianiem się na człowieku i jego przeżyciach, także u autora „Władcy marionetek” człowiek stanowi ważny punkt powieści. Wątek miłosny jest jednak przedstawiony w dość nieudolny sposób, trochę niezrozumiały. Sam – główny bohater – zakochuje się od pierwszego wejrzenia, traci głowę dla wybranki swojego serca, robi jej wywody jak nastolatek i się jej oświadcza. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie to, że Sam jest dorosłym mężczyzną, który przez całe życie był typem maczo. Trochę wygląda to śmiesznie, wielu osobą wyda się nawet żenujące czy też naiwne.

Książka nie pozbawiona jest też głębszych treści. Mamy ironizowanie z armii i Stanów Zjednoczonych, zaślepienie polityków, ostre atakowanie komunizmu, ale także poparcie działań siłowych. W życiu codziennym to także traktowanie ważnych spraw rzeczowo i z dużym dystansem.

Podsumowując wszystkie za i przeciw wychodzi prawdę mówiąc na zero. Książka jest powieścią dobrą i w dodatku klasyką s-f. Z drugiej strony trąci myszką i to wielu się nie spodoba i zniechęci do lektury. Ci co szukają książki naszpikowanej nowinkami technicznymi, wielkimi wizjami i bitwami kosmicznymi też się zawiodą, bo tego w tej powieści nie uraczą. Z drugiej strony „Władców marionetek” czyta się bardzo przyjemnie i lekko. Z czystym sumieniem powieść polecić mogą czytelnikom szukającym klasyki, co do reszty osób to miałbym opory.