Książki łatwego życia nie mają, co rusz znajdą się tacy co chcą je palić. Czy to fanatycy religijni, obrońcy moralności, czy w końcu wielcy, którzy lepiej wiedzą co maluczkim do życia jest potrzebne niż oni sami. Ray Bradbury pisał swojego „Fahrenheita” z myślą o totalitaryzmie, ale pewnie nie zdawał sobie sprawy, że po 50 latach jego książka nawet po upadku większości reżimów będzie jeszcze bardziej aktualna niż na tuż po premierze.

„451 stopni Fahrenheita” jest historią strażaka, prawdziwego strażaka, którego nazwa zawodu wreszcie adekwatna jest do wykonywanych czynności. Straż pożarna zajmuje się paleniem, a nie gaszeniem, paleniem książek. Główny bohater to Guy i wznieca pożary już parę lat, czuje się z tym bardzo dobrze, aż do momentu spotkania pewnej dziewczyny która zadaje niewygodne pytania i pokazuje mu świat jakiego Guy wcześniej nie dostrzegał, wtedy on zaczyna mieć wątpliwości. Społeczeństwo w książce Bradbury’ego pokazane jest jako dążące do szczęścia i uciech, niczego mu nie brakuje – mają jedzenie, rozrywkę, spokój i bezpieczeństwo. Niby wszystko jest takie piękne, ale jednak czy to co jedni nazywają „szczęściem” jest nim rzeczywiście? Ludzie pozbawieni są wysokiej kultury, mają tylko telewizję i różnego typu programy rozrywkowe, spędzają przed ekranem całe dnie oglądając ogłupiające show. Książki uważane są za niepotrzebne, zbędne, a nawet obwinia się je, że powodują nietolerancję, krzywdę i konflikty. Tylko czemu są wciąż ludzie, którzy chcą je czytać i to nawet za cenę własnego życia?

Książka przesiąknięta jest metaforami, odwołaniami do totalitaryzmu. Perfidnie działająca cenzura, bezczelna straż i wszystko wiedząca władza. Ogłupiające media, które też pełnią funkcję propagandową, pokazują słodkie życie i stwarzają utopię szczęścia, ciepła i miłości. I właśnie to robi z tej powieści książkę ponadczasową. 50 lat temu media i programy „kulturalne” nie były jeszcze na tak zaawansowanym poziomie jak dzisiaj, ale już wtedy można było zaobserwować początku ich ekspansji. Dla Bradbury’ego posłużyły jako substytut książki i jak pokazał czas autor się ani trochę nie pomylił. Czyś nie żyjemy w świecie w którym ważniejszy jest jakiś serial w telewizji niż rozmowa z najbliższą nam osobą? Czy nie spędzamy wielu godzin rozwaleni na kanapie i oglądający programy które nas nawet nie interesując zamiast wyjść gdzieś ze znajomymi. Czy nie idziemy na łatwiznę wybierając kolejny program reality show zamiast dobrej książki w zaciszu pokoju?

„451 stopni Fahrenheita” jest książką świetną. Prawdziwa klasyka s-f, a zarazem książka dla każdej osoby kochającej czytać książki. Każdy powinien zapoznać się z ta lekturą, bo po przeczytaniu tej powieści inaczej zaczyna patrzeć się na książki. Gorąco polecam… wszystkim!